piątek, 29 sierpnia 2014

Eins werd ich nie tun: AUFGEBEN! / I jednego nie wolno mi uczynić: PODDAĆ SIĘ!

Wiem, że czekacie na wieści, więc mimo mojego ogromnego zmęczenia, napiszę dziś krótko, ponieważ nie chcę Was, Kochani, trzymać w niepewności.

Alles gut! :) A właściwie powinnam napisać, że jest "okiej" ;-)

 
(Kinderklinik Tubingen)


Masa guza w rdzeniu jest stabilna. Utrzymują się jeszcze ciągle hormony w organizmie, które wydzielał guz (a właściwie nadnercza). Oliwka ma rownież podniesiony jeden z markerów nowotworowych (dokładnie NSE). To jest do obserwacji. za pól roku mamy zrobić badania i  przesłać wyniki mailem i od tego będzie zależało kiedy kolejna wizyta. Optymistyczną wersją jest sierpień 2015.

Oliwka była bardzo dzielna i zadowolona, że w końcu przyjechała do pana "piofesioja". Udało się nam nawet spotkać z profesorem Handgretingerem, który specjalnie dla Oliwki wyszedł z ważnego spotkania. Misia podarowała profesorowi "kjuche" ciacha i wtedy już zupełnie spełniona stwierdziła, że to już czas do domu. ;-)


Badanie MRT odbyło się w środę, o 9.45. Do tego czasu Oliwka nie mogła nić jeść, ani pić. Obawiałam się, jak sobie z tym poradzi, jednak od godziny 7.50 do 9.15 byłyśmy w szpitalnym przedszkolu. tam jest tyle fajnych zabawek, że czas zleciał bardzo szybko.

 
(jedziemy na badanie MRT) 

 
(już po - teraz odpoczynek)





Mimo, że byłam w ogromnych emocjach, uważam nasza wizytę za udaną. To ogromna zasługa osób, które pojechały ze mną, by mnie wspierać. Tym razem towarzyszyli nam, w naszych szpitalnych trudach, mój brat Mateusz i serdeczna koleżanka Adriana. Spisali się na medal! Dzięki ogromniaste!

 
(u wujka tak bezpiecznie) 

 
(przedszkole w szpitalu - właśnie powstaje niesamowita konstrukcja)




W środę koło 17 dostałyśmy wypis. W końcu ustalono bardzo dokładnie rozpoznanie oliwkowego guza: Differenzierendes Neuroblastom thorako - abdominal und intraspinal (Grad la nach Hughes, regressionsgrad 4, n-myc negativ) Mówiąc w skrócie Neuroblastoma zróżnicowana...reszty nie rozumiem, muszę udać się do tłumacza j. niemieckiego ;-)


Bardzo miłym akcentem naszej wizyty były odwiedziny wolontariuszy z fundacji kinderkrebs. W ostatnich dniach sierpnia został zorganizowany maraton rowerowy. Wolontariusze odwiedzali chore dzieciaki w szpitalach i domach tymczasowych. Właśnie podczas naszego popołudnia w Jose Carreras Haus, kiedy to odgrzewałam nasze polskie pierogi, jakiś facet władował się do naszego domu przez drzwi balkonowe wołając coś tam po niemiecku ;-) Myśle sobie: "ludzie, jakiś wariat!" Faktycznie, Thomas okazał się bardzo pozytywnym świrem! :) Wszystkie dzieciaki i ich rodzice zostali obdarowani bransoletkami z napisem, który widzicie w tytule. Piękne przesłanie, piękna inicjatywa. Oni wszyscy tam, w Tubingen, są po prostu niesamowici i mają cudowne podejście do dzieci!

 

No i jeszcze te cudowne widoki z ósmego pietra oddziału Kinderchirurgie: 

 



Przepraszam za chaotyczny wpis! Pozdrawiam Was bardzo, bardzo serdecznie i raz jeszcze składam ogromnie podziękowania za słowa wsparcia. Za to, że ciągle jesteście z nami i pomagacie nam swoim dobrym słowem i ogromną wiara w to, że któregoś dnia usłyszymy, że nie musimy już przyjeżdzać do Tybingi...no może tylko i wyłącznie, jako turyści ;-)  

Widzę po koncie na fb, że ciagle Was przybywa...jest to dla mnie coś pozytywnie niezrozumiałego ;-) Dziękuję...Drodzy moi, lecę sprzątać, prać, a potem na obiadek do mojej mamci, na najlepszą pomidorową! Całujemy! 









piątek, 22 sierpnia 2014

szczęśliwej drogi już czas...

Witajcie! :)

Dzisiaj, jak tylko wstałam, miałam ogromna potrzebę przyjść tutaj, do Was...

Oliwka od tygodnia zadaje mi pytanie: "czy to juś jutro jadę do piofesioja?", odpowiadam: "nie, Kochanie, jeszcze kilka dni"....i z tych kilku dni, zrobił się taki dzień, że mogę powiedzieć: "tak, jutro jedziemy..." Myliłby się jednak ten, kto by pomyślał, ze wszystko już spakowane i przyszykowane...nic nie jest gotowe do drogi...ja nie jestem gotowa...więc tym razem wszystko jest inaczej i wszystko jest gorsze...no, nie, kłamię...nie wszystko...niezmienny jest entuzjazm mojego dziecka...ta widzialna radość w oczach: "jadę do piofesoja!" - nie będę Wam tu krzyczeć Oliwkowego "hura" z racji, że Oli zamiast "r" wymawia "j"...;-)  Jej postawa bardzo mnie cieszy i bardzo mi pomaga...bo ja...ja w tym roku jestem zestresowana bardziej...człowiek tak szybko przyzwyczaja się do dobrego...zapomniałyśmy jak pachną szpitalne korytarze i sale, w niepamięć odchodzi odgłos pomp...odwykłyśmy od igieł...i od tego, jak niedobrze nie spać we własnym łóżku...ale cóż zrobić...trzeba jechać...musimy...i z każdym wyjazdem powracają myśli uporczywe, które w nocy spać nie dają...myśli, które przynoszą senne koszmary...Wszyscy mi mówią: "będzie dobrze!"...no, być musi...zaklinamy słowami rzeczywistość, a w sercu wciąż nadzieja i wiara, że potwór już nigdy nie wróci...chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że do Tybingi jeździmy nie dlatego, że "piofesojowie" chcą zobaczyć Oliwkę, raz na jakiś czas, ponieważ tęsknią  ;-) Jakieś ryzyko wznowy istnieje, w szczególności przez ten rdzeń kręgowy, którego nie udało się do końca oczyścić...i na każdej wizycie powtarzają nam coś, co mnie przyprawia o duszności - "a malignant tumor"...no przecież wiem...wiem...więc, żeby zabić ten cały stres i zagłuszyć gorsze myśli, wczoraj, przez kilka godzin, robiłyśmy "kjuche ciacha". Napiekłyśmy dwa talerze...dzisiaj chyba kolejna produkcja ;-) 

 

Oliwia rośnie i bardzo się zmienia. Jeszcze rok temu była malutką, nieporadna Pchełką z łysą główką...a teraz! Patrzcie na nią! Te włosy - są boskie! Ale ile zmartwień w tym roku jej przysparzają: "moje piofesiojowie to mnie nie poźnają w tim joku, bo ja juś mam tyje włosiów, a w tamtim to nie miałam nić! nio, i jak to tejaś bendzie?"  Na szczęście całe, Misia dostała w prezencie od Pani Sylwii Rochowiak ( raz jeszcze Pani Sylwio składamy ogromne podziękowania) super przypinkę "w kśeńźnićkowym kojozie", którą na specjalne zamówienie wykonała Pani Alicja Sularz (dziękujemy i pozdrawiamy!)  

 

Z tą przypinką nie powinno być żadnych wątpliwości, kto przyjechał do kliniki na badania! ;-) 


Kochani, stres jest ogromny...ale jest nam łatwiej, kiedy jesteście z nami...za każdym razem, kiedy tam jedziemy, zabieramy Was w swoich myślach i sercach...to fajnie wiedzieć, że jest cała armia zaciskająca kciuki i posyłająca pozytywne słowa...łatwiej, kiedy ktoś tu czeka na wieści...na dobre wieści... 

Serdecznie Was pozdrawiamy...skrobnijcie do nas chociaż parę słów....





poniedziałek, 28 lipca 2014

:)

Witajcie! 
Często dostaję zapytania odnośnie tego, jak się ma Oliwka i dlaczego nie piszę nic na blogu...Kochani, nie będę prowadzić już Oliwkowego bloga...nie mam na to czasu. Zaangażowałam się w projekt Karoliny♥ Moje poczynania możecie śledzić tutaj: http://walecznedzieciaczki.blogspot.com/p/mali-zonierze-w-walce-z-nbl.html Ponadto, zapraszam Was na bazarek dla Mai Gajda, gdzie możecie wylicytować fajne przedmioty i tym samym wspomóc Maję w jej walce o zdrowie. Niedługo ruszy kolejna akcja dla chorego dziecka. Będę miała zaszczyt poprowadzić wraz z Magdaleną Halcarz - kobietą o cudownym serduchu, bazarek dla Iwo http://iwoneuroblastoma.blogspot.com/. Wiele rzeczy dzieje się również poza tą wirtualną rzeczywistością, efekty jesienią - mam przynajmniej taka nadzieję 

Pamiętajcie o Wszystkich Walecznych Dzieciakach i w miarę możliwości, bardzo proszę, wspierajcie tych naszych Małych Wielkich Żołnierzy. Dzieci to największy z cudów, najwspanialszy ze wszystkich darów! Dzieci są naszą przyszłością, naszą nadzieją, sensem życia....naszym wszystkim!

Dzieci...dzieci są wyjątkowe...a zwłaszcza te chore...onkologiczne dzieciaki w każdej sekundzie swojego życia pragną być dziećmi...pragną normalnego dzieciństwa...mimo bólu, igieł wbijanych w ciało, mimo trucizny wtłaczanej w malutkie organizmy...mimo wymiotów, bólu głowy oraz nóg...pomimo strachu i przeogromnego, często nieludzkiego cierpienia...dzieci zawsze są dziećmi...wspaniałymi i niezwykle silnymi...mimo wyczerpania potrafią tak pięknie się uśmiechać...jakby chciały powiedzieć nam dorosłym - nie martwcie się...damy radę! Po kilkunastu godzinach podłączenia do pomp, które podają chemię, te słodkie urwisy wybiegają z sal, ich śmiech niesie się po szpitalnych korytarzach...niezwykłe...przecież są chore...mają raka...

Już zawsze pozostanie we mnie obraz pewnego grudniowego popołudnia...oddział onkologiczny...Szczecin...wszystkie dzieci zgromadziły się w świetlicy. Są szczęśliwe - odłączono je od kabelków - są wolne! Teraz mogą dokazywać! Łobuziaki zaczynają przemieszczać się wokół ogromnego drewnianego stołu. Nie każde dziecko jest w stanie utrzymać się na nóżkach...jedna dziewczynka, po resekcji guza mózgu, przemieszcza się na pupie, Oliwka, z guzem w rdzeniu, trzymając się stołu przesuwa nogi po podłodze...jednak zabawa jest tak dobra, że żadne dziecko nie zwraca na to uwagi - one wszystkie przecież biegają! ...Pomyślałam sobie wówczas, że może w szpitalu "inność" nie istnieje? Że one wszystkie według siebie samych są "zdrowe", "normalne"... Stałam i syciłam się widokiem tych roześmianych dzieciaków...tak ciężko chorych, pozbawionych włosów, wyrwanych ze swoich domów, z bezpiecznych rąk swoich rodziców...choroba zabiera dzieciom wiele...w zamian daje wszystko, co najgorsze...przypominając sobie jednak zabawę tych słodkich urwisów, dochodzę do wniosku, że nigdy, ale to nigdy, rak nie odbierze im tej ich dziecięcej niewinności, takiej zwykłej szczęśliwości, która jest w każdym dziecku, a którą my dorośli zatracamy w swoich codziennych czynnościach...uczmy się od dzieci!


Pozdrawiam! 






poniedziałek, 16 czerwca 2014

Żyj tak, aby Two­ja codzien­ność codzien­nością się nie nudziła...

Witajcie!

U nas zwyczajnie, codziennie...minuta goni za minutą przeradzając się w godziny, dzień płynie za kolejnym dniem...ot, nic takiego...nasza doba nie różni się zapewne od Waszej...nic nadzwyczajnego się nie dzieje...i to jest fajne! W sobotę Oliwia gościła na pikniku zorganizowanym przez Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Ah, co to był za fantastyczny dzień! Po ponad godzinnej jeździe, dotarłyśmy na miejsce w składzie: Miśka, mama i ciocia Ada :) Na miejscu czekała na nas Pani Iwonka - nasz opiekun i dobry duszek :)  

Atrakcji było moc! Zamki, trampoliny, kucyki, bańki i grochówa taka, że palce lizać!!! 





 


Największe jednak zaskoczenie przyszło wtedy, kiedy Pan Zenon Jurek - Prezes Zarządu Oddziału Okręgowego TPD w Koszalinie, przedstawił nas "szerszej publiczności' ;) Mówił tak pięknie o tym, że zawsze warto walczyć do samego końca, że nigdy nie można tracić wiary, w to, że się uda...Wiele osób miało łzy w oczach... 

 

To był dla mnie bardzo ważny dzień...zdałam sobie sprawę, że z pomocą Was Wszystkich dokonaliśmy czegoś niezwykłego...oczywiście, jeszcze nie możemy ogłosić zwycięstwa, ale mam nadzieję, że najcięższe chwile są już za nami...A ponadto, kiedy patrzyłam na te wszystkie roześmiane dzieciaki skaczące na trampolinach, biegające wesoło po dmuchanych zamkach...

to tak mi przyszło do głowy, że...

...dzieci powinny być szczęśliwe...i mokre od stóp do głów...tak, jak nasza syrenka ;-)

 


Każde dziecko kocha plażę i szum nadmorskich fal. Na piasku można robić orzełki, budować zamki albo robić babki wykrzykując przy tym: "babko, babko, udaj się, jak się nie udasz, to cię zjem!" Miśka wydziera się za każdym razem, żeby nie było żadnych wątpliwości, że babka ma być piękna...bo inaczej...;) 
Dzieci więc powinny biegać  brzegiem morza, tak, by fale mogły dotknąć ich stóp, mogłyby wtedy zbierać najpiękniejsze kamyki i muszelki...

 





Dzieci powinny być zdrowe...Nawet jeśli maja blizny świadczące o walce z potforem, to powinna być to walka już zakończona. Wszystkie potfory powinny zostać wyrzucone "na śmiecie", żeby nie dokuczać Wojownikom, na których czeka tyle atrakcji codziennego życia! 

 




Dzieci powinny mieć przyszłość, by móc doświadczyć tych wszystkich rzeczy...

  




Podarujesz ją im...? 















sobota, 31 maja 2014

"Proszę byś przed snem spoj­rzał w niebo i po­myślał o mnie, że jes­tem, żyję i za­sypiam pod tym sa­mym niebem, co Ty..."

Hej, hej, hej! :)

U nas w miarę ok. Zwalczyłyśmy paskudnego wirusa, obeszło się bez antybiotyków - to zasługa naszej mądrej Pani doktor, którą bardzo sobie cenię ze względu na jej podejście do Oliwki. Infekcję zaleczyłyśmy syropami, sokami z malin i czarnej porzeczki, a także bardzo standardowo - miód, cytryna, majeranek. :) Martwiłam się, że tak szybko Oliwce się nie polepszy, ponieważ wysoka temperatura trzymała ją prawie dwie doby...no, ale dała rade, nasza Waleczna! :) Choroba spowodowała krótką przerwę w ćwiczeniach, ale już powróciłyśmy na "bebabitację" - jak to mówi Oliwka i teraz każdego dnia Miśka trenuje. Oczywiście, z różnym skutkiem, raz jest lepiej, dobry humor i ciężka praca, a raz gorsze dni, płacz na sali i ogólny bunt. Jednak,  Pani Renaty nie zrażają  wcale humorki Oliwii i po prostu "nie ma - zmiłuj" - solidny trening to podstawa powrotu do pełnej sprawności! A ćwiczenia są różne, żeby nam się pacjentka nie znudziła za szybko - wiadomo, jak to jest z dziećmi, zwłaszcza takimi ruchliwymi, jak Oliwia! ;) Hitem są ćwiczenia na piłce, które Oli wykonuje bardzo dokładnie i z ogromnym zaangażowaniem. 
W czasie ostatniego treningu towarzyszyła Oliwce maskotka - małpka z Klubu Uczelnianego AZS Politechnika Koszalińska, którą to podarowali kibice klubu! Pozdrawiamy Was serdecznie raz jeszcze dziękując za sprawienie ogromnej radości naszej córeczce! 




 

Zostając w temacie sprawiania radości i niespodzianek, muszę napisać o ogromnej paczce, która przywędrowała do nas ze Słupska. Ostatnio na facebook'u pisałam o tym, że Oliwka niesamowicie nas zaskoczyła swoją postawą, która tyczyła się przekazania maskotek na rzecz dzieci z hospicjum. Miśka stwierdziła, że ma dużo zabawek i mogłaby nimi obdarować inne dzieci, aby sprawić im radość. Akcja nazywała się "Uwolnij Miśka" ;) Oliwka bardzo dosłownie potraktowała hasło akcji i uwolniła z pokoju niemalże wszystkie swoje pluszaki:) O akcji dowiedziała się Pani Mirosława Skalna - nauczycielka ze Szkoły Podstawowej numer 5 w Słupsku. Skontaktowała się ze mną deklarując chęć przekazania zabawek na rzecz chorych dzieci. Zaproponowałam, że może paczkę przesłać do mnie, a ja podejmuje się dostarczyć ją tam, gdzie trzeba. Pudło przyszło ogromne! Znalazło się w nim miejsce na pluszaki, książeczki i inne zabawki dla potrzebujących dzieci. Te wszystkie rzeczy podarowali uczniowie szkoły - cudowne dzieciaki! Mało tego, Pani Mirka przekazała na aukcje charytatywne przepiękne, własnoręcznie zdobione, wazoniki, obrazki, szkatułki i inne cudeńka. Serce się raduje, kiedy spotyka się takie wspaniałe osoby. Rzeczy można wylicytować na bazarku dla Mikołaja - chłopca chorego na zespół Battena, a już niedługo niektóre przedmioty trafią na bazarek dla Nikoli Kubiak chorej na neuroblastoma IV st.  
W tej ogromnej paczce siedział też sobie Miś, a właściwie duży Misiek. Do ręki przyczepiony miał liścik. Autorem listu jest pewien chłopiec - Olek Mazurkiewicz. Oluś napisał, że cały czas trzyma kciuki za Oliwkę, a ten Miś to prezent dla niej, aby była radosna...Olek, jesteś fantastyczny! Sprawiłeś Oliwce taką frajdę, że nie masz pojęcia. Oliśka skakała, piszczała, aż w końcu zmęczona zasnęła ze swoim nowym, ogromnym przyjacielem! Dziękuję Ci z całego serca! Mam nadzieję, że się nie pogniewasz, bo ten mniejszy Miś znalazł nowy domek u innego chorego dziecka - tak zadecydowała Oliwka. 
Bardzo serdecznie dziękuję Pani Mirosławie - inicjatorce akcji, za szerzenie wśród uczniów tak szlachetnej postawy, że trzeba i że warto pomagać tym, którzy tej pomocy potrzebują, że nie można odwracać głowy i udawać, że świat jest tylko i wyłącznie piękny, a wszyscy są szczęśliwi. Dzieci trzeba uczulać na krzywdę, cierpienie, chorobę i biedę. Pani Mirko - wspaniałych ma Pani uczniów i Rodziców tych dzieci. Jesteście szalenie wrażliwi - bardzo, bardzo dziękuję i będę powtarzać to w kółko...Kochamy Was! 


 




 











Ostatnio był Dzień Matki...zastanawiałam się, co to dla mnie znaczy "być mamą"...Zdałam sobie sprawę, że dla mnie to jest wszystko...moje dziecko to cały mój świat...moja radość, duma i sens życia...nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że moje macierzyństwo będzie trudne...że życie przyniesie egzamin, do którego nie można się przygotować...myślę, że wiele nie zaryzykuję pisząc, że macierzyństwo każdej z nas to radość, troska, miłość, ale też łzy, strach, bezradność...Czy wiesz jednak, że są mamy, dla których te trzy ostatnie uczucia każdego dnia przeważają nad radością? 
Masz dzieci? Zapewne są najpiękniejsze na świecie! Mają proste blond włosy albo kaskadę orzechowych loków, rumiane policzki, a w oczach migoczą radosne iskierki...a czy umiesz wyobrazić sobie swoje dzieci bez włosów? Z zapadniętymi policzkami...bez blasku w oczach? Czy potrafisz wyobrazić sobie swój strach...największy ze strachów, najstraszniejszy z lęków...? Czy jesteś w stanie sobie wyobrazić, jak to jest bać się o życie własnego dziecka? Czy znasz uczucie, kiedy czas najlepiej odmierzać łyżeczkami, by za szybko nie uciekał, bo może tam w przyszłości...nie ma już Twojego dziecka? Co czujesz myśląc o tym? Czy nie jest to najokropniejsza myśl? A gdybyś musiała się z nią zmierzyć?....Co byś wtedy zrobiła?Zmierzam do tego, że są wśród nas Mamy Wojowniczki, które nie muszą sobie tego wyobrażać...one to czują...to jest prawdziwe...to ich codzienność...rak zastukał do ich drzwi i upomniał się o bezbronne dzieci...wyrwał je z ich objęć, wtłoczył w sterylne sale, gdzie czas odmierza szpitalna pompa...gdzie tykania zegara lepiej nie słuchać...bo nie jest to melodia niosąca ukojenie...Trzech chłopców...trzy ogromne tragedie ich rodzin...trzy razy rak...ogromna niepewność, niedowierzanie, ból, łzy...czasu coraz mniej...mówią, że ludzkie życie jest...no właśnie...jakie...bezcenne? Już w to nie wierzę, bo za każdym razem, za ogromnym dramatem stoi ogromna kwota...życie wystawia rachunek...chcesz żyć - musisz zapłacić...czy gdybyś wiedziała, że niewyobrażalnie wielka suma pieniędzy (600 tysięcy) może uratować życie Twojego dziecka, podjęłabyś wyzwanie? Czy chciałabyś, aby inni, czasem zupełnie obcy ludzie, podarowali mu szansę na życie, a Tobie szansę na to, byś mogła patrzeć, jak dorasta, jak się zmienia, jak staje się coraz bardziej samodzielny...czy chciałabyś...? Ja zawsze, bez zastanowienia, odpowiem tak...ponieważ doświadczyłam tego...ponieważ to dzięki Tobie było możliwe, aby moja córeczka - moja największa miłość, moja radość, mój sens zycia...moje wszystko....by moje wszystko pozostało ze mną...każdego dnia patrzę, jak dorasta, jak się zmienia...umie już tyle rzeczy, ale każdy dzień prznosi nowe umiejętności..każdy jest okazją, by powiedzieć, jak bardzo ją kocham...każda chwila jest wdzięcznością za to, że ją mam....Czy wiesz o tym, że jest nas tutaj ciągle 400 tysięcy! I dzisiaj potrzebuję właśnie Ciebie! I Twoich 3 złotych dla trzech wspaniałych chłopców: dla Wiktorka, Kacperka i Krystianka, którzy muszą walczyć z bardzo groźnym przeciwnikiem - juz go znasz, to podstępna neuroblastoma! Każdy z nich potrzebuje setek tysięcy na terapię. Wiem, proszę Cię o cud, ale wiem też, że z Tobą się uda, bo już pokazałeś, że nie ma dla Ciebie rzeczy niemożliwych! Historia mojej córeczki jest tym cudem! Proszę Cię, abyś nie zamykał komputera po przeczytaniu tego postu...zanim wrócisz do swoich zajęć...zanim pójdziesz ukochać swoje dziecko, zanim pomyślisz sobie, że jesteś najszczęsliwszym człowiekiem pod słońcem...otwórz stronę swojego banku...przelej dla każdego z tych chłopców po 1 złotówce...jeśli każdy z nas to zrobi, Wiktorek, Kacperek I Krystianek zgromadzą po 400 tysięcy...Jeśli jednak inni rodzice, którzy prowadzą blogi, zaapelują o pomoc...to wierzę, że się nam uda...dajmy z siebie, to, co mamy najlepsze... 





  


Dziękuję...

niedziela, 11 maja 2014

"Sko­ro nie można się cofnąć, trze­ba zna­leźć naj­lep­szy sposób, by pójść naprzód. "

Witajcie!

 Postanowiłam napisać kilka słów, o tym, co u nas słychać...więc...spieszę donieść, że Misia zaczęła rehabilitację, ponieważ zaliczyliśmy ogromny regres w porównaniu z rokiem poprzednim. Oli uczęszcza na ćwiczenia do Medical Beta i dzielnie ćwiczy z panią Renatą:)  Dla mnie najważniejsze jest to, że Oliwia naprawdę lubi tu przychodzić i w trakcie treningu nie dochodzi do żadnych histerii, ani spazmów;)  Wielkie brawa i pokłony dla pani Renaty, która potrafi okiełznać naszą małą elektrownię atomową;)))) Jest dobrze, dajemy radę! :) 
W maju czeka nas kontrolna wizyta u dermatologa oraz alergologa (AZS). Czerwiec natomiast należeć będzie do kardiologa ( jednak ciągle szmery na serduchu!) oraz jak zapewne pamiętacie (lub nie) mamy się stawić w poradni radiologicznej, aby skontrolować węzły. Niestety, węzeł nad obojczykiem ciągle sterczy jak jakaś gula i mnie straszy! :(  Doktor Owsianny, pod którego opieką jest teraz Miśka, powiedział, że najważniejsze, że nie był to węzeł odczynowo powiększony i póki co, obserwujemy...jak będą jakieś wątpliwości, to wtedy biopsja...oby nie...



 











Wiem, że rzadko piszę...można powiedzieć, że zatopiłyśmy się z Oliwką w codzienności...pochłonęły nas zwykłe sprawy...jesteśmy zajęte życiem...życiem, które jest najzwyklejsze w swojej istocie...nie robimy niczego, o czym by można powiedzieć, że jest niezwykłe...
...a może jednak...może patrząc przez pryzmat tego, co nas spotkało, należałoby powiedzieć, że każdy dzień jest darem...czymś niezwykłym i wyjątkowym...każda chwila jest niepowtarzalna...każde teraz, które dopiero co było teraźniejszością, a które mija bezpowrotnie, przeżywamy intensywnie...takie już jesteśmy;) Oliwia znowu biega po kałużach, poranna rosa osiada na jej ubraniu, słońce zanurza się w blond włosach, wiatr przeczesuje je delikatnie...
ostatnio jeździłyśmy rowerem...szalałyśmy w deszczu...ulice były puste i tylko nasz śmiech przerywał ciszę...to był taki moment, kiedy zrozumiałam, że to choroba mojego dziecka nauczyła mnie cieszyć się wszystkim tym, co niesie każdy dzień...tak, doceniam życie, bo zdaję sobie sprawę, jak bardzo jest kruche i nieprzewidywalne...doświadczyłam tego, że jednego dnia możesz być najszczęśliwszym człowiekiem we wszechświecie, a za chwilę okazuje się, że tylko ci się zdawało, bo właśnie Twój świat runął niczym domek z kart i nijak daje się to ogarnąć...niestety, najczęściej gubimy w codziennym pędzie to, co najważniejsze i najpiękniejsze...a przecież liczą się rzeczy małe, drobne...choćby jazda rowerem w dżdżysty dzień...wsłuchiwanie się w melodię deszczu spływającego po soczyście zielonych liściach drzew...a wilgotne powietrze...wilgotne powietrze ma tak niesamowity zapach!!! La vie est belle!  

 



 

 


Celebrujcie życie, cieszcie się chwilą! Wszystkiego dobrego! 


Pozdrawiamy, 
Asia i Oli :) 








środa, 16 kwietnia 2014

Wielkanoc 2014

Witajcie!

Kochani, już dzisiaj pragniemy złożyć Wam życzenia, ponieważ w tej świątecznej krzątaninie zapewne zabraknie nam czasu...

Wszystkiego co najlepsze
na Święta Wielkiej Nocy,
wiosennych nastrojów,
ciepłej, radosnej atmosfery,
miłych spotkań z Najbliższymi
oraz smacznego jajka
i mokrego Lanego Poniedziałku :)


A u nas leci dzień za dniem...jest zwyczajnie... ale to nie oznacza, że oswoiliśmy się z codziennością...chociaż minęło już tyle miesięcy, ciągle w nasze dni wkrada się strach i niepewność...chcielibyśmy porzucić wszelkie wątpliwości, ale na to jeszcze najwidoczniej za wcześnie...Nasz czas upływa nam na wizytach u specjalistów i niestety to nie żart. Oliwka ma problemy ze zdrowiem i z tego powodu przytrafiają się nam różne przygody, jakie funduje nam służba zdrowia - czasem jest miło, czasem zabawnie, a czasem jak z horroru...ale cóż...twarde babki jesteśmy i dajemy radę;)  

Od wczoraj pieczemy ciasta - udało się stworzyć dwa mazurki :) Oliwka szczęśliwa, bo może "pokucharzyć", a wszyscy wiemy, jak ona to kocha! ;-)  Przed nami pieczenie ciasteczek i wypiekanie bab. Nasz dom znowu wypełni się aromatem wanilii, czekolady, kajmaku i pomarańczy :) Święta są piękne, zdecydowanie! 

Misia rośnie w szalonym tempie;) Już taka duża z niej dziewczynka: 

 





 





Wiem, ze rzadko się odzywamy, ale uwierzcie - jesteście w naszych sercach i nie ma dnia, byśmy nie myśleli, ile Wam zawdzięczamy! 

 

Moc pozdrowień i uścisków! 

Liski :)