piątek, 26 września 2014

Rzecz o przeziębieniu, tworzeniu i spełnianiu marzeń (krótki wpis)

Witajcie! 

U nas choróbsko ;/  Oliwka ma wstrętny kaszel, który nie pozwala jej spać w nocy. Dostała lekarstwa i mam nadzieję, że przeziębienie szybko odpuści. Mnie również dopadło, dlatego dzisiaj, po całym domu, roznosi się zapach rosołu ;) A jutro, prawdopodobnie ugotujemy zupę imbirową. Jeszcze nigdy nie robiłam. Może macie jakiś sprawdzony przepis? 

Oliwce humor dopisuje - na całe szczęście! :) Staramy się nie nudzić. Czas spędzamy na różnych ręcznych robótkach - a to za sprawą internetowej cioci Sylwii, która, co jakiś czas, podsyła Miśce różne "zestawy kreatywne". ;-) 

Ostatnio, przy mojej niewielkiej pomocy, Oli zrobiła takie śliczne pacynki: 

 

oraz  "kjuche" ciastka: 

 





Dziękuję za wszystkie miłe wiadomości! Mój ostatni wpis bardzo Was poruszył. Pod wpływem Waszych przemyśleń, czasem bardzo osobistych zwierzeń, zrodził się pomysł na książkę. Postanowiłam, że póki co, będę pisać do szuflady ;) Wpisy na blogu będą krótkie, informujące tylko o tym, co u naszej kochanej dziewczynki :) Wybaczycie mi to? ;) 

Jeszcze na koniec, chciałam Wam pokazać, jak spełniało się marzenie Oliwki. Od jakiegoś czasu, Oliwia marzyła, aby w jej pokoju "zamieszkało" drzewo. Pomyśleliśmy, że jest to zupełnie niemożliwe do zrobienia. Z pomocą przyszli nasi przyjaciele, którzy wpadli na pomysł, że namalują drzewo na jednej ze ścian. Zastanawiałam się, jak to będzie wyglądać i czy uda się stworzyć coś fajnego. Nie znałam jednak twórczych możliwości Martyny i Marka! Efekt - piorunujący! Miśka szczęśliwa! Malowanie drzewa zbiegło się z dniem, kiedy to dwa lata temu rozpoczęłyśmy historię szpitalną. Pomyślałam sobie, że jest to bardzo wymowne...że drzewo jest chyba najpełniejszym symbolem życia ludzkiego, symbolem odrodzenia...można powiedzieć, że i my narodziłyśmy się na nowo... 
Tworzenie drzewa okazało się bardzo czasochłonne - prawie dwa dni spędzone na intensywnej pracy. Tylko przyjaciele potrafią cały swój wolny czas poświęcić drugiemu...a Marek specjalnie przyjechał z drugiego końca Polski! Tym bardziej jest to dla nas piękne i wzruszające, ale jak mówią: "najlepszym przyjacielem jest ten, kto nie pytając o powód smutku, potrafi sprawić, że znów wraca radość!" 

Martyna, Marek...dziękujemy! 











 Efekt końcowy :) 
  








PS Jak byście mieli ten przepis na zupkę imbirową, to pamiętajcie o nas ;-) 







piątek, 19 września 2014

Wśród ruin można odnaleźć skarby...dwa lata po diagnozie...

Witajcie!

czy wiedzieliście, że wrzesień jest miesiącem świadomości chorób nowotworowych u dzieci? Nie? Ja też tego nie wiedziałam dwa lata temu...dlaczego akurat podałam taki okres? Ponieważ dokładnie 19 września 2012  życie wtłoczyło nas w rzeczywistość onkologiczną...nie wiedziałam, że dziewiąty miesiąc roku jest poświęcony uświadamianiu społeczeństwa, że dzieci chorują na raka...wiedziałam już natomiast, że jestem rodzicem dziecka, u którego właśnie zdiagnozowano chorobę nowotworową...
Nie muszę Wam pisać, jak strasznie jest to usłyszeć...ale czy zastanawialiście się nad tym, co to oznacza, że dzieci walczą z rakiem? Czy wiecie, jak to wygląda? Do września 2012 roku żyłam w błogiej nieświadomości, że choroby dziecięce to ospa, odra, świnka, różyczka. Słyszałam o białaczkach, o tym, że od chemii wypadają włosy oraz o tym, że takim dzieciom trzeba przeszczepić szpik...
Nie wiedziałam i w najgorszych koszmarach, nie przypuszczałabym, że przyjdzie mi zstąpić do piekieł...i że moje dziecko pójdzie tam ze mną...albo właśnie ja z nim...
Najbardziej bałam się cierpienia, bałam się, że rak boli i że malutki organizm mojej córeczki nie poradzi sobie z tym...kiedy wymiotowała po chemii, czułam się tak bardzo bezradna...a kiedy wieczorami zasypiała wycieńczona po całym dniu, patrzyłam na jej pokłute malutkie rączuchny pokryte siniakami i myślałam o tym, że Bóg się pomylił...bo przecież malutka różowa rączka powinna ściskać ulubionego pluszaczka, a nie kabel od kroplówki...główka powinna spocząć na domowej mięciutkiej podusi, która spowita jest zapachem oliwki użytej do wieczornej kąpieli, a nie na sztywnej, wykrochmalonej szpitalnej pościeli...
Móc mieszkać w swoim domu to największe szczęście...codzienność jest szczęściem...wolność jest szczęściem...zrozumiałam to dopiero w szpitalu...i kiedy tak dzisiaj o 18 jadłyśmy kolację, przypomniałam sobie, że dokładnie o tej porze, przekroczyłyśmy progi szczecińskiej onkologii...siedziałam osłupiała na szpitalnym łóżku, na rękach trzymałam wystraszoną malutką Oliwię i zastanawiałam się, co teraz, co dalej...jak żyć...
Dopiero w listopadzie zdecydowałam się na pisanie bloga...to, co najbardziej dramatyczne rozegrało się właśnie we wrześniu i w październiku...
wrzesień - pierwszy raz wali się nam świat...październik - miesiąc leczenia - guz taki sam...ujawniono kolejny...zgliszcza płoną...nie ma już nic...i najprawdopodobniej nie będzie niczego więcej...
Wśród ruin można jednak odnaleźć skarby...miłość rodzica silniejsza jest, niż choroba, niż śmierć...nie ma takiej siły na tej ziemi, która mogłaby ją pokonać...nasza miłość zrodziła nadzieję...ta rozpaliła ogromną siłę...siła pomogła udźwignąć się wierze...i tak oto, dwa lata po tych wydarzeniach, moje dziecko śpi we własnym łóżku...malutka rączka ściska przytulankę...pościel pachnie płynem do kąpieli i może trochę ulubionym czekoladowym kremem...z membrany głośnika dobiega dźwięk kołysanki...w kąciku rozbłyskuje dyskretne światło nocnej lampki...słychać miarowy oddech mojego dziecka...jesteśmy w domu...
W sercu jednak mam wszystkich rodziców i ich dzieci, którzy ciągle są na polu walki...wirują we mnie historie poznane w czasie naszej drogi...serce mi pęka i krwawi niemiłosiernie, kiedy patrzę na heroiczną walkę ciężko chorych dzieci i ich rodziców...obraz małego chłopczyka obejmującego rękoma za szyję swoją mamę nie pozwala mi zasnąć...jakie to wymowne..."Mamo, nie pozwól mi odejść"...wiele razy słyszałam, że gdyby miłość matki mogła uleczyć...gdyby mogła...więc dlaczego tak nie jest?!  Noszę w sercu Antosię o orzechowych oczach i pięknych kręconych włosach, pamiętam o Poli, którą rak pozbawił oka, ale nie pozbawił radości ciężkiego życia, pamiętam Mateuszka, który do ostatnich dni pragnął zostać policjantem, wspominam Michalinkę, która była najpiękniejszą wróżką o oczach błękitnych, jak niebo, Martynkę, którą pieszczotliwie nazywaliśmy "Myszką" i jeszcze Igiełkę, która zasnęła w ramionach swojej Mamy...czy to tak powinno być, Boże? Czy tak to sobie wymyśliłeś? 
Mali wielcy wojownicy nigdy nie powinni nimi być...ich placem boju powinien być przedszkolny plac zabaw...dzieci powinny walczyć ze smokami, duchami i potworami...ale tylko wyimaginowanymi...rak jest jednak prawdziwy i nie pyta, czy jesteś przygotowany na walkę o życie...przyjdzie...zapuka do drzwi wybranych...
Czas leczenia jest smutny...jest trochę takim czasem udawanego dzieciństwa...pozorne jest prawie wszystko, co dobre...prawdziwe jest to, co złe, bolesne i okrutne...
Każdy z nas może jednak rozświetlić ten mroczny czas w życiu małego wojownika. Ślijcie kartki dzieciom chorym na raka! Nie wstydźcie się! To takie piękne! To akt miłości do tych maluczkich, bezbronnych! Dla dzieci onkologicznych otrzymanie kolorowej pocztówki, listu spisanego odręcznie jest ogromnym przeżyciem...to taki znak z tego zdrowego świata..."tu jesteśmy...czekamy na Ciebie!" 

Nam dzisiaj odczarowano ten 19 września! I w przyszłym roku będę go już zupełnie inaczej wspominać! Z uśmiechem i radością...
Pojechałyśmy dzisiaj z Oliwką do Słupska. Zostałyśmy zaproszone przez Panią Mirosławę Skalną i jej uczniów z klasy 2 "c" ze  Szkoły Podstawowej nr 5.  Pani Mirka, a także jej uczniowie, zaangażowali się bardzo w urodzinowe wydarzenie dla Oliwki. Te cudowne dzieciaki i ich wychowawczyni ślą teraz paczki chorym na raka dzieciom z całej Polski! 
Byłyśmy bardzo, ale to bardzo przejęte. Martwiłam się, jak Oliwka poradzi sobie w tak licznej grupie, ponieważ Misia ma problemy emocjonalne jeśli chodzi o przebywanie w miejscach publicznych. Okazało się, że moje zmartwienia były na wyrost. Atmosfera była tak wspaniała, że Oliwia bardzo szybko polubiła nowych kolegów i nowe koleżanki. Była szczęśliwa, że kilka chwil może spędzić z dziećmi. A dzieciaki takie cudowne! Ich postawa tak bardzo mnie rozczuliła. Dzieciaczki przygotowały dla Oliwci laurki i są to najwspanialsze laurki na świecie! Misia dostała również medal ucznia klasy 2 "c", który to ja dzisiaj z dumą nosiłam przez resztę dnia! ;-) 
Było śpiewanie piosenek, rysowanie i pałaszowanie cukierków ;-) 
Dziękujemy Wam, Kochani z całego serca! To niezapomniane chwile...chwile szczęścia i nieudawanej radości! 
Poniżej przedstawiam zdjęcia z naszej wyjątkowej wizyty: 

 
(dzieci rysują pamiątkowe kartki dla Oliwki)

("Witaj Oliwko w naszej szkole!")




(częstujemy cukierkami) 


(klasa 2 "c" - pozdrawiamy!)

 
(wspólne rysowanie) 

(Miś - prezent - jest cudowny, jak wszystkie, które Oliwka dzisiaj otrzymała!) 

 
( Mireczka - nasz dobry duszek) 

 
(DZIĘKUJEMY!)  


Piękny był to dzień...dwa lata temu runął nam świat...nie wierzyliśmy, że w przyszłości tej bliskiej nasze dziecko z nami wciąż będzie...a jednak jest...jest cudem...

Pięknych chwil w takiej zwykłej codzienności życzymy Wszystkim Wojownikom! 

A Was, Kochani, prosimy z całego serca, abyście cieszyli się każdym dniem, każdą najzwyklejszą czynnością. Kochajcie swoje dzieci, szanujcie swoich bliskich. Niech historia taka, jak nasza, pokaże Wam, że zwykłe życie jest czymś najpiękniejszym i najwspanialszym! Niech rozrzucone po całym domu zabawki nie będą pwodem do złości, a źródłem ogromnej radości - to znak, że Wasze dzieci są w domu, są zdrowe i szczęsliwe...i tak być powinno! 

Dzisiaj już kończę...ogromnie się wzruszyłam...oczy mi się szklą, nic więcej już nie napiszę...

przytulam Was Wszystkich....






wtorek, 9 września 2014

trochę o przeziębieniu, trochę o dokumentacji medycznej i trochę o niczym...;-)

Witajcie, 
obiecałam wczoraj na fb, że napisze, co u nas...no, i tak się ociągam...ale słowa trzeba dotrzymać. 

Jak wiecie, Misia jest chora. Inhalacje mało pomogły, dzisiaj znowu zaczęła gorączkować, już na sam wieczór. Skarżyła się również na ból gardełka, więc jutro czeka nas wizyta w przychodni. Na samą myśl o tym robi mi się gorzej - mam wstręt do szpitali, przychodni i aptek...Chociaż, nie powiem...ostatnia wizyta u lekarza, była bardzo miła. Po pierwsze, podeszła do nas Pani Monika, która śledziła historie Oliwki od samego początku i to było bardzo miłe zaskoczenie dla nas. Zapewne Pani Monika nigdy by nie pomyślała, że akurat tam się spotkamy (no ja tez nie) ;-) To fajne uczucie, kiedy ktoś do nas podchodzi, wita się z Oliwką, a potem opowiada nam, jak trzymał kciuki, oddawał krew, modlił się...jesteście niesamowici...po takich spotkaniach, myślę o tym, że dzieci są największym cudem...potrafią poruszyć tysiące ludzi i uruchomić w nich pokłady olbrzymiej miłości do bliźniego...to mnie zachwyca i wzrusza...często myślę o tym, jak zmieniła mnie choroba mojego dziecka...i kim bym była dzisiaj, gdyby rak nie wpisał się w historię naszej rodziny...nie jestem w stanie odpowiedzieć na niektóre pytania, ale jestem świadoma tego, że życie zmieniło się o 180 stopni...ale o tym innym razem...bo dzisiaj miało być krótko ;-) 



Więc Oliwka chora, ale szczęśliwa, że jutro idzie do lekarza. Odłożyłyśmy póki co całą rehabilitację, przedszkole i terapię SI. Wszystko musi poczekać. A z przedszkolem to nie wiem, jak to będzie...Oliwia i bez kontaktu z dziećmi łapie wszelkie wirusy...faszeruję ją tranem i probiotykami, ale powiem Wam, że to chyba niewiele pomaga. W każdym razie, mamy spróbować. jeśli okaże się, że tych infekcji będzie dużo, będą wysokie gorączki i bez antybiotyków organizm Miśki nie da sobie rady...to mówimy przedszkolu bye, bye..Tego bym nie chciała, bo widzę, jak Oliwia potrzebuje kontaktu z rówieśnikami. Często mi mówi, że ona nie chce się już ze mną bawić, że chce iść do koleżanek...No pewnie, a co to za atrakcja - siedzenie z matką w domu...;-)


Siedzimy w domu i staramy się spędzać ten czas twórczo. Ostatnio Oli wykonała laurkę dla naszego zaprzyjaźnionego księdza :)







Ponadto, stworzyła z tak zwanego "zestawu kreatywnego"  cudownego motylka, którego podarowała jej internetowa ciocia, Sylwia Zaręba <3 br="" nbsp="">
 



Ah, widzicie, ja tu sobie tak piszę o laurkach i motylkach, a najważniejszego Wam nie napisałam! Kochani, zaniosłam w końcu dokumentację medyczną Oliwki do biura tłumaczeń. No i myślę sobie, ze całe szczęście, że zdobyłam się na to dopiero po ponad roku od zakończenia leczenia, ponieważ, gdybym zrobiła to szybciej, to różnie mogłoby się to dla mnie skończyć...Ale po kolei. Oficjalna i ustalona po wielu konsultacjach diagnoza Oliwkowego guza to: neuroblastoma zróżnicowana piersiowo-brzuszna i wewnątrzrdzeniowa (stopień 1a wg Hughes'a, stopień regresji 4 (brak odpowiedzi na chemię), n - myc ujemne) 


Ponadto, z wypisu wynika, że naszej Olince usunięto węzeł chłonny z brzuszka, bo był zwłókniały (cholera, jakoś nikt mi nie powiedział!) i teraz najlepsze...uwaga...oględziny patologii z 22.01.2013 (wewnątrz rdzeniowe udziały nowotworowe) do ponad 90% aktywnych komórek nowotworowych! No i tu mnie zastrzelili! Chyba uznali, że to mało istotne, bo o tym też dowiedziałam się z wypisu...dobrze, ze to już ponad rok od tych wydarzeń, bo miałabym jedno w głowie - ten wstrętny potwór na pewno odrośnie w rdzeniu...a tak mam nadzieję, że zdycha...Chociaż zmartwiła mnie podniesiona swoista enolaza neuronowa (NSE). Oli miała już normę, a teraz zaliczyła skok...no i mamy to wytłuszczone na wypisie (chyba po to, żeby mnie straszyć) i w ciągu 6 miesięcy obowiązkowo kontrola tej wartości. Nie podoba mi się to :( 


No dobra...miało być krótko, a ja siedzę i Wam marudzę...jakoś to nie w moim stylu...;) 

Mam ogromną nadzieję, że kolejny wpis będzie piękny i pozytywny...ponieważ już niedługo marzenie naszej Oliwki zostanie spełnione przez parę dobrych duszków; Martynę i Marka :) Ale o tym następnym razem! 

Dobrej nocy, Kochani! 

piątek, 29 sierpnia 2014

Eins werd ich nie tun: AUFGEBEN! / I jednego nie wolno mi uczynić: PODDAĆ SIĘ!

Wiem, że czekacie na wieści, więc mimo mojego ogromnego zmęczenia, napiszę dziś krótko, ponieważ nie chcę Was, Kochani, trzymać w niepewności.

Alles gut! :) A właściwie powinnam napisać, że jest "okiej" ;-)

 
(Kinderklinik Tubingen)


Masa guza w rdzeniu jest stabilna. Utrzymują się jeszcze ciągle hormony w organizmie, które wydzielał guz (a właściwie nadnercza). Oliwka ma rownież podniesiony jeden z markerów nowotworowych (dokładnie NSE). To jest do obserwacji. za pól roku mamy zrobić badania i  przesłać wyniki mailem i od tego będzie zależało kiedy kolejna wizyta. Optymistyczną wersją jest sierpień 2015.

Oliwka była bardzo dzielna i zadowolona, że w końcu przyjechała do pana "piofesioja". Udało się nam nawet spotkać z profesorem Handgretingerem, który specjalnie dla Oliwki wyszedł z ważnego spotkania. Misia podarowała profesorowi "kjuche" ciacha i wtedy już zupełnie spełniona stwierdziła, że to już czas do domu. ;-)


Badanie MRT odbyło się w środę, o 9.45. Do tego czasu Oliwka nie mogła nić jeść, ani pić. Obawiałam się, jak sobie z tym poradzi, jednak od godziny 7.50 do 9.15 byłyśmy w szpitalnym przedszkolu. tam jest tyle fajnych zabawek, że czas zleciał bardzo szybko.

 
(jedziemy na badanie MRT) 

 
(już po - teraz odpoczynek)





Mimo, że byłam w ogromnych emocjach, uważam nasza wizytę za udaną. To ogromna zasługa osób, które pojechały ze mną, by mnie wspierać. Tym razem towarzyszyli nam, w naszych szpitalnych trudach, mój brat Mateusz i serdeczna koleżanka Adriana. Spisali się na medal! Dzięki ogromniaste!

 
(u wujka tak bezpiecznie) 

 
(przedszkole w szpitalu - właśnie powstaje niesamowita konstrukcja)




W środę koło 17 dostałyśmy wypis. W końcu ustalono bardzo dokładnie rozpoznanie oliwkowego guza: Differenzierendes Neuroblastom thorako - abdominal und intraspinal (Grad la nach Hughes, regressionsgrad 4, n-myc negativ) Mówiąc w skrócie Neuroblastoma zróżnicowana...reszty nie rozumiem, muszę udać się do tłumacza j. niemieckiego ;-)


Bardzo miłym akcentem naszej wizyty były odwiedziny wolontariuszy z fundacji kinderkrebs. W ostatnich dniach sierpnia został zorganizowany maraton rowerowy. Wolontariusze odwiedzali chore dzieciaki w szpitalach i domach tymczasowych. Właśnie podczas naszego popołudnia w Jose Carreras Haus, kiedy to odgrzewałam nasze polskie pierogi, jakiś facet władował się do naszego domu przez drzwi balkonowe wołając coś tam po niemiecku ;-) Myśle sobie: "ludzie, jakiś wariat!" Faktycznie, Thomas okazał się bardzo pozytywnym świrem! :) Wszystkie dzieciaki i ich rodzice zostali obdarowani bransoletkami z napisem, który widzicie w tytule. Piękne przesłanie, piękna inicjatywa. Oni wszyscy tam, w Tubingen, są po prostu niesamowici i mają cudowne podejście do dzieci!

 

No i jeszcze te cudowne widoki z ósmego pietra oddziału Kinderchirurgie: 

 



Przepraszam za chaotyczny wpis! Pozdrawiam Was bardzo, bardzo serdecznie i raz jeszcze składam ogromnie podziękowania za słowa wsparcia. Za to, że ciągle jesteście z nami i pomagacie nam swoim dobrym słowem i ogromną wiara w to, że któregoś dnia usłyszymy, że nie musimy już przyjeżdzać do Tybingi...no może tylko i wyłącznie, jako turyści ;-)  

Widzę po koncie na fb, że ciagle Was przybywa...jest to dla mnie coś pozytywnie niezrozumiałego ;-) Dziękuję...Drodzy moi, lecę sprzątać, prać, a potem na obiadek do mojej mamci, na najlepszą pomidorową! Całujemy! 









piątek, 22 sierpnia 2014

szczęśliwej drogi już czas...

Witajcie! :)

Dzisiaj, jak tylko wstałam, miałam ogromna potrzebę przyjść tutaj, do Was...

Oliwka od tygodnia zadaje mi pytanie: "czy to juś jutro jadę do piofesioja?", odpowiadam: "nie, Kochanie, jeszcze kilka dni"....i z tych kilku dni, zrobił się taki dzień, że mogę powiedzieć: "tak, jutro jedziemy..." Myliłby się jednak ten, kto by pomyślał, ze wszystko już spakowane i przyszykowane...nic nie jest gotowe do drogi...ja nie jestem gotowa...więc tym razem wszystko jest inaczej i wszystko jest gorsze...no, nie, kłamię...nie wszystko...niezmienny jest entuzjazm mojego dziecka...ta widzialna radość w oczach: "jadę do piofesoja!" - nie będę Wam tu krzyczeć Oliwkowego "hura" z racji, że Oli zamiast "r" wymawia "j"...;-)  Jej postawa bardzo mnie cieszy i bardzo mi pomaga...bo ja...ja w tym roku jestem zestresowana bardziej...człowiek tak szybko przyzwyczaja się do dobrego...zapomniałyśmy jak pachną szpitalne korytarze i sale, w niepamięć odchodzi odgłos pomp...odwykłyśmy od igieł...i od tego, jak niedobrze nie spać we własnym łóżku...ale cóż zrobić...trzeba jechać...musimy...i z każdym wyjazdem powracają myśli uporczywe, które w nocy spać nie dają...myśli, które przynoszą senne koszmary...Wszyscy mi mówią: "będzie dobrze!"...no, być musi...zaklinamy słowami rzeczywistość, a w sercu wciąż nadzieja i wiara, że potwór już nigdy nie wróci...chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że do Tybingi jeździmy nie dlatego, że "piofesojowie" chcą zobaczyć Oliwkę, raz na jakiś czas, ponieważ tęsknią  ;-) Jakieś ryzyko wznowy istnieje, w szczególności przez ten rdzeń kręgowy, którego nie udało się do końca oczyścić...i na każdej wizycie powtarzają nam coś, co mnie przyprawia o duszności - "a malignant tumor"...no przecież wiem...wiem...więc, żeby zabić ten cały stres i zagłuszyć gorsze myśli, wczoraj, przez kilka godzin, robiłyśmy "kjuche ciacha". Napiekłyśmy dwa talerze...dzisiaj chyba kolejna produkcja ;-) 

 

Oliwia rośnie i bardzo się zmienia. Jeszcze rok temu była malutką, nieporadna Pchełką z łysą główką...a teraz! Patrzcie na nią! Te włosy - są boskie! Ale ile zmartwień w tym roku jej przysparzają: "moje piofesiojowie to mnie nie poźnają w tim joku, bo ja juś mam tyje włosiów, a w tamtim to nie miałam nić! nio, i jak to tejaś bendzie?"  Na szczęście całe, Misia dostała w prezencie od Pani Sylwii Rochowiak ( raz jeszcze Pani Sylwio składamy ogromne podziękowania) super przypinkę "w kśeńźnićkowym kojozie", którą na specjalne zamówienie wykonała Pani Alicja Sularz (dziękujemy i pozdrawiamy!)  

 

Z tą przypinką nie powinno być żadnych wątpliwości, kto przyjechał do kliniki na badania! ;-) 


Kochani, stres jest ogromny...ale jest nam łatwiej, kiedy jesteście z nami...za każdym razem, kiedy tam jedziemy, zabieramy Was w swoich myślach i sercach...to fajnie wiedzieć, że jest cała armia zaciskająca kciuki i posyłająca pozytywne słowa...łatwiej, kiedy ktoś tu czeka na wieści...na dobre wieści... 

Serdecznie Was pozdrawiamy...skrobnijcie do nas chociaż parę słów....





poniedziałek, 28 lipca 2014

:)

Witajcie! 
Często dostaję zapytania odnośnie tego, jak się ma Oliwka i dlaczego nie piszę nic na blogu...Kochani, nie będę prowadzić już Oliwkowego bloga...nie mam na to czasu. Zaangażowałam się w projekt Karoliny♥ Moje poczynania możecie śledzić tutaj: http://walecznedzieciaczki.blogspot.com/p/mali-zonierze-w-walce-z-nbl.html Ponadto, zapraszam Was na bazarek dla Mai Gajda, gdzie możecie wylicytować fajne przedmioty i tym samym wspomóc Maję w jej walce o zdrowie. Niedługo ruszy kolejna akcja dla chorego dziecka. Będę miała zaszczyt poprowadzić wraz z Magdaleną Halcarz - kobietą o cudownym serduchu, bazarek dla Iwo http://iwoneuroblastoma.blogspot.com/. Wiele rzeczy dzieje się również poza tą wirtualną rzeczywistością, efekty jesienią - mam przynajmniej taka nadzieję 

Pamiętajcie o Wszystkich Walecznych Dzieciakach i w miarę możliwości, bardzo proszę, wspierajcie tych naszych Małych Wielkich Żołnierzy. Dzieci to największy z cudów, najwspanialszy ze wszystkich darów! Dzieci są naszą przyszłością, naszą nadzieją, sensem życia....naszym wszystkim!

Dzieci...dzieci są wyjątkowe...a zwłaszcza te chore...onkologiczne dzieciaki w każdej sekundzie swojego życia pragną być dziećmi...pragną normalnego dzieciństwa...mimo bólu, igieł wbijanych w ciało, mimo trucizny wtłaczanej w malutkie organizmy...mimo wymiotów, bólu głowy oraz nóg...pomimo strachu i przeogromnego, często nieludzkiego cierpienia...dzieci zawsze są dziećmi...wspaniałymi i niezwykle silnymi...mimo wyczerpania potrafią tak pięknie się uśmiechać...jakby chciały powiedzieć nam dorosłym - nie martwcie się...damy radę! Po kilkunastu godzinach podłączenia do pomp, które podają chemię, te słodkie urwisy wybiegają z sal, ich śmiech niesie się po szpitalnych korytarzach...niezwykłe...przecież są chore...mają raka...

Już zawsze pozostanie we mnie obraz pewnego grudniowego popołudnia...oddział onkologiczny...Szczecin...wszystkie dzieci zgromadziły się w świetlicy. Są szczęśliwe - odłączono je od kabelków - są wolne! Teraz mogą dokazywać! Łobuziaki zaczynają przemieszczać się wokół ogromnego drewnianego stołu. Nie każde dziecko jest w stanie utrzymać się na nóżkach...jedna dziewczynka, po resekcji guza mózgu, przemieszcza się na pupie, Oliwka, z guzem w rdzeniu, trzymając się stołu przesuwa nogi po podłodze...jednak zabawa jest tak dobra, że żadne dziecko nie zwraca na to uwagi - one wszystkie przecież biegają! ...Pomyślałam sobie wówczas, że może w szpitalu "inność" nie istnieje? Że one wszystkie według siebie samych są "zdrowe", "normalne"... Stałam i syciłam się widokiem tych roześmianych dzieciaków...tak ciężko chorych, pozbawionych włosów, wyrwanych ze swoich domów, z bezpiecznych rąk swoich rodziców...choroba zabiera dzieciom wiele...w zamian daje wszystko, co najgorsze...przypominając sobie jednak zabawę tych słodkich urwisów, dochodzę do wniosku, że nigdy, ale to nigdy, rak nie odbierze im tej ich dziecięcej niewinności, takiej zwykłej szczęśliwości, która jest w każdym dziecku, a którą my dorośli zatracamy w swoich codziennych czynnościach...uczmy się od dzieci!


Pozdrawiam! 






poniedziałek, 16 czerwca 2014

Żyj tak, aby Two­ja codzien­ność codzien­nością się nie nudziła...

Witajcie!

U nas zwyczajnie, codziennie...minuta goni za minutą przeradzając się w godziny, dzień płynie za kolejnym dniem...ot, nic takiego...nasza doba nie różni się zapewne od Waszej...nic nadzwyczajnego się nie dzieje...i to jest fajne! W sobotę Oliwia gościła na pikniku zorganizowanym przez Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Ah, co to był za fantastyczny dzień! Po ponad godzinnej jeździe, dotarłyśmy na miejsce w składzie: Miśka, mama i ciocia Ada :) Na miejscu czekała na nas Pani Iwonka - nasz opiekun i dobry duszek :)  

Atrakcji było moc! Zamki, trampoliny, kucyki, bańki i grochówa taka, że palce lizać!!! 





 


Największe jednak zaskoczenie przyszło wtedy, kiedy Pan Zenon Jurek - Prezes Zarządu Oddziału Okręgowego TPD w Koszalinie, przedstawił nas "szerszej publiczności' ;) Mówił tak pięknie o tym, że zawsze warto walczyć do samego końca, że nigdy nie można tracić wiary, w to, że się uda...Wiele osób miało łzy w oczach... 

 

To był dla mnie bardzo ważny dzień...zdałam sobie sprawę, że z pomocą Was Wszystkich dokonaliśmy czegoś niezwykłego...oczywiście, jeszcze nie możemy ogłosić zwycięstwa, ale mam nadzieję, że najcięższe chwile są już za nami...A ponadto, kiedy patrzyłam na te wszystkie roześmiane dzieciaki skaczące na trampolinach, biegające wesoło po dmuchanych zamkach...

to tak mi przyszło do głowy, że...

...dzieci powinny być szczęśliwe...i mokre od stóp do głów...tak, jak nasza syrenka ;-)

 


Każde dziecko kocha plażę i szum nadmorskich fal. Na piasku można robić orzełki, budować zamki albo robić babki wykrzykując przy tym: "babko, babko, udaj się, jak się nie udasz, to cię zjem!" Miśka wydziera się za każdym razem, żeby nie było żadnych wątpliwości, że babka ma być piękna...bo inaczej...;) 
Dzieci więc powinny biegać  brzegiem morza, tak, by fale mogły dotknąć ich stóp, mogłyby wtedy zbierać najpiękniejsze kamyki i muszelki...

 





Dzieci powinny być zdrowe...Nawet jeśli maja blizny świadczące o walce z potforem, to powinna być to walka już zakończona. Wszystkie potfory powinny zostać wyrzucone "na śmiecie", żeby nie dokuczać Wojownikom, na których czeka tyle atrakcji codziennego życia! 

 




Dzieci powinny mieć przyszłość, by móc doświadczyć tych wszystkich rzeczy...

  




Podarujesz ją im...?